co jest grane, Zidane
Co jakiś czas dostaję pytanie: co jest najbardziej przereklamowane w piłce nożnej? Nie było to nigdy pytanie podchwytliwe, ale zawsze podświadomie czułem, że jasna i oczywista odpowiedź "Premier League" nie rozwiewa wszelkich wątpliwości. Zacząłem się więc nad tym zastanawiać, co doprowadziło do wielu wieczorów, gdy sponad kubka parującej herbaty oolong spoglądałem na ścianę, która kiedyś była biała niczym koszulki drużyny Florentino Peréza* i obracałem tę myśl w głowie, smakując ją i przeżuwając jak Sir Alex Ferguson swoją słynną gumę. Co jest najbardziej przereklamowane w piłce nożnej? Co jest łyse, ma chude łokcie i wolno robi ukradziony Maradonie trik w środkowej strefie boiska? Co biegało w stroju Realu Madyt, robiąc jakieś piruety bez sensu, nawet gdy wokół nie było pół zawodnika? Odpowiedź przyszła błyskawicznie niczym schyłek Ronaldinho: tym czymś jest Zinédine Zidane. Moje zdanie zdawał się podzielać legendarny komentator sportowy Dariusz Szpakowski, który dał wyraz swojej bezbrzeżnej pogardy, nie trudząc się nauczeniem nazwiska Francuza i na potrzeby chwili wymyślając mu jakiś lekceważący alias: Zinedan, Zezan, Zdun...
Szybko odkryłem, że może i nie jestem w tym poglądzie osamotniony, ale jednak zdecydowana większość fanów piłki zlinczowałaby mnie, gdybym tylko powiedział, co myślę o tym łysym kogucie. Zdziwienie wywołane tym faktem trwało krócej niż panowanie Leeds United, bo zdałem sobie sprawę, że to ci sami ludzie, którzy twierdzą, że Casillas to najlepszy bramkarz na świecie, Valdés nie umie grać nogami, Guardiola objął w Barcelonie samograj, Busquets jest cienki jak splot koszulek polskich drużyn, a Thomas Müller nie umie grać w ogóle. O tym ostatnim warto wspomnieć, że jest brzydki, koślawy, piłka trafia go w różne części ciała (jest tzw. drewniakiem – kiedyś może napiszę, dlaczego jest to najdurniejszy piłkarski quasi-argument) – psy szczekają, a pan Müller zrobił doktorat z piłki nożnej, interpretuje przestrzeń jak nikt w poprzednich dwóch dekadach i za trzy lata prześcignie Klosego w ilości goli zdobytych na mundialach.
Nie ulega wątpliwości, że Zinédine Zidane był świetnym piłkarzem. Majestatycznie się kołysząc, przemierzał boiska wzdłuż i wszerz, zwalniając jeszcze bardziej tylko wtedy, gdy trzeba było popisać się ruletą, zawsze gotów rozsmarować Bayer Leverkusen tygrysim strzałem z woleja słabszą nogą. Lubiłem obserwować jego grę w Juventusie, lubiłem także w Realu Madryt, choć z wiadomych względów nieco mniej. Był to piłkarz, jak już powiedzieliśmy, świetny, jednak nic ponadto. W takim przekonaniu żyłem przez parę lat, aż pewnego dnia wstałem rano i Zinédine Zidane był geniuszem, być może nawet najlepszym piłkarzem wszech czasów. Było to ucieleśnienie moich najgorszych koszmarów, których przedłużeniem jest Arjen Robben – panicznego lęku przed tyranią ludzi bez włosów.
Co gryzie Zinédine'a Zidane'a
Ślady jego stóp są wciąż widoczne pośród odrapanych ścian imigranckiej dzielnicy La Castellane, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki, robił pierwsze rulety i prawdopodobnie znieważał innych imigrantów. Być może także dlatego ten Berber o kałmuckich rysach twarzy jest we Francji bohaterem narodowym – pomimo dorastania w dzielnicy, gdzie do domu częściej przynosi się narkotyki, choroby weneryczne i sprężynowce niż piątki ze szkoły, nie podzielił losu swoich pobratymców, którzy mogą skończyć w dwóch miejscach – w więzieniu lub w grobie. Podobno osiedle, które wychowało niegdyś młodego Algierczyka ma zostać zrównane z ziemią, ale to nic nie szkodzi, bo to kawał kurewsko brzydkiej okolicy, przeżartej ubóstwem, bandytyzmem i zapewne powolnymi obrotami na piłce – nawet jak na Marsylię, pod której opiekuńczymi skrzydłami gromadzą się od stuleci największe męty z całej Francji. Jednonodzy marynarze, bezzębne kurwy, Albańczycy przyozdobieni biżuterią ściągniętą z langwedockich matron – oni wszyscy zebrani są pod marsylską oriflamą**, sztandarem biednych ludzi i ich czołowego geniusza – Zinédine'a Zidane'a.
Nic więc dziwnego, że Francja go tak pokochała: jak nikt inny uosabiał multikulturowe społeczeństwo tego kraju i egalitaryzm – przez jakiś czas traktowano go, jakby był ucieleśnieniem Marsylianki, łączącym w sobie trzy definiujące nowożytną Francję cechy: równość, wolność i braterstwo. Cantona był elitarystą, piłkarzem artystów i wyższych sfer, choć skończył namawiając do zmasowanego ataku na banki, który miałby zawalić system, a Zidane – piłkarzem, który należał do całego narodu; geniuszem biednych ludzi, Cyganów, żebraków i drobnych cwaniaczków. Francja go przygarnęła i pokochała, gdy jego rodzice przepłynęli Morze Śródziemne w – zapewne – czółnie wydrążonym z pnia drzewa, a on w dniu największej próby wytarł sobie dupę trójkolorową flagą i napluł na nuty hymnu. Dlatego też chciałbym zdekonstruować jego mit jako piłkarza wystającego ramionami i głową ponad mu współczesnych, a jest on trzyczęściowy:
1. w pojedynkę poprowadził słabą Francję do pierwszego triumfu na mistrzostwach w roku 1998
2. ponownie niemal w pojedynkę zaciągnął drużynę narodową do finału mundialu
3. zawsze brał na siebie odpowiedzialność w wielkich meczach i wygrywał je dla drużyny.
Zidane, ulubieniec UEFY
Legenda Zidane'a to jakiś mit założycielski, podobny do opowieści o ojcach Stanów Zjednoczonych rzekomo nieposiadających niewolników; materiał, z którego stworzone są marzenia. Kto inny mógłby zostać wyrzucony z finału mistrzostw świata za idiotyczny faul bez piłki i nie zostać zlinczowany przez media? Gdy Beckhamowi odłączyło się myślenie w 1998, dziennikarze nie zostawili na nim suchej nitki i można było odnieść wrażenie, że zaraz zakują go w dyby przed opactwem westminsterskim i obrzucą pomidorami (oczywiście brytyjska prasa jest bardziej krwiożercza od francuskiej, ale fakt pozostaje faktem). A co się stało z Zidane'em? W kraju pocieszał go pierdolony prezydent. Wszyscy mu współczuli i odczuwali smutek, że kończy karierę w ten sposób. Biedny Zidane, skurwysyn Materazzi go sprowokował (wrócimy jeszcze do tego wydarzenia). Któryś już raz puściły mu nerwy niczym juniorowi i wyleciał z boiska za głupotę – jak to się ma do jego bycia liderem?
Materazzi go przezywał? Znakomicie. Mógł pójść do pani. Piłkarze to w większości podła banda, kopią się, opluwają, wyzywają – taka specyfika zawodu. Zidane nie był inny. Przypięto mu łatkę dżentelmena już „pogrobowo”, do tej pory nie wiadomo na jakiej podstawie: chyba oceniono jego sposób biegania, w którym faktycznie było sporo godności. Mniej było w deptaniu, uderzaniu czołem czy ubliżaniu innym piłkarzom. Zanim został nobliwym seniorem (a został nim szybko, bo był pół siwy, pół łysy już przed trzydziestką, pewnie brzemię bycia mesjaszem Francji tak na niego działało) w białej koszulce z ogromną piątką na plecach i nazwiskiem obcym Szpakowskiemu, był niezdyscyplinowanym rozrabiaką ze smykałką do piłki – a teraz robi się z niego jakiegoś Iniestę.
Zidane nie był nigdy dyrygentem, metronomem – był kreatorem. Zidane otrzymywał piłkę i jego zadanie było jasne: dostarczyć ją do bramki, osobiście lub za pośrednictwem jakiegoś innego imigranta. Był poniekąd kontynentalnym Gerrardem – tylko znacznie lepszym, bo wszystko, co brytyjskie jest gorsze od odpowiednika zza Kanału (przynajmniej jeśli chodzi o piłkę i jedzenie).
Część pierwsza: annus mirabilis 1998 czyli Zidane depcze swoje korzenie
W obiegowej opinii triumf roku 1998 Francja zawdzięcza niemal wyłącznie Zinédine'owi Zidane'owi, już wtedy wielkiemu rozgrywającemu, otoczonemu niestety przez piłkarzy poślednich i raczej psich. Jest to pogląd niewątpliwie bardzo ciekawy, niestety nieprawdziwy – pisał bowiem Adam Mickiewicz "o roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju; ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju", a on zwykł pisać tylko prawdę. Trzon kadry stanowili członkowie najbardziej utalentowanej generacji francuskiego futbolu od czasów, gdy Harald Schumacher wybił zęby Battistonowi, a może i dawniejszych, wszyscy młodzi i żądni sukcesu (i pochodzący z imigranckich rodzin):
Vincent Candela (Roma), Bixente Lizarazu (Bayern), Patrick Vieira (Arsenal), Laurent Blanc (Marsylia), Youri Djorkaeff (Inter), Didier Deschamps (Juventus), Marcel Desailly (Milan), Lilian Thuram (Parma), Emmanuel Petit (Arsenal), Christian Karembeu (Real Madryt), Alain Boghossian (Sampdoria), Franck Lebœuf (Chelsea), Robert Pirès (Metz);
tę imponującą i bynajmniej nie marną drużynę uzupełniała dwójka młodziutkich napastników z AS Monaco, którzy dopiero wchodzili na arenę międzynarodową, ale dwa lata później wydatnie przyczynili się do zdobycia mistrzostwa Europy: Thierry Henry i David Trezeguet (do których potem dołączyli Nicolas Anelka z Realu Madryt i Sylvain Wiltord z Bordeaux).
Niedorzeczne bajania jakichś zaplutych dziadków o samotnym biegu pana Yazida po puchar świata należy wyrzucić do śmietnika, bo to mogła być najwybitniejsza generacja Francuzów (może z wyjątkiem Karola Wielkiego i jego parów***) – aż trudno uwierzyć, że nikt nie nazywał ich drugą Armią Sambry i Mozy. Może dlatego, że nikt nie pamięta już o pierwszej, bowiem memoria fragilis est, jak pisał Henryk Sienkiewicz ku pokrzepieniu serc. Nie zwykło się już pamiętać także o tym, że mundial we Francji był drugim z kolei, gdzie tytuł zapewniła obrona (a zwłaszcza jej boki). Francuzi defensywę mieli najlepszą na turnieju, natomiast atak był raczej żałosny, z perłą w koronie w postaci Stephane'a Guivarc'ha, nazwanego chyba po jakimś czarnym, kurwa, elfie i do tej pory będącym najgorszym ze złotych medalistów.
Zawodnikami, którzy ciągnęli Les Bleus przez cały mundial aż do finału byli obrońcy: Lilian Thuram, Bixente Lizarazu, Laurent Blanc, Marcel Desailly, wspomagani przez Fabiena Bartheza, najsłynniejszego z łysych bramkarzy oraz dwójkę ryglujących pomocników: Emmanuela Petita i Didiera Deschampsa, przy czym wkład tego drugiego jest oczywiście marginalizowany (w końcu sam Cantona powiedział, że jego rolą było podawanie piłki bardziej utalentowanym kolegom). Thuram został nagrodzony Brązową Piłką dla trzeciego najlepszego piłkarza turnieju i pokonał w półfinale Chorwację (choć wcześniej po jego błędzie Francja niemal odpadła), Blanc strzelił piewszą złotą bramkę w historii wyrzucając z mistrzostw Paragwaj, Lizarazu biegał od jednej linii do drugiej, Desailly kosił wszystko równo z trawą, a Petit i Deschamps (i Karembeu) harowali, żeby niedołężny atak nie pogrzebał Francji w ich własnym kraju. Zidane był w tym czasie pasażerem, kimś w rodzaju luksusowego zawodnika o wielkim talencie (co pokazywał już w Bordeaux i Juventusie), obdarzonego kredytem zaufania, w myśl zasady, że moneta podrzucana w nieskończoność w końcu wyląduje na krawędzi. Jednak w Juventusie miał Del Piero i Inzaghiego i jakkolwiek godny pogardy był ten drugi, to bramkę umiał strzelić – część ciała była nieważna.
Pierwszy mecz przeciwko RPA i mamy już pierwszą asystę Zidane'a – i ostatnią. Do piłki kopniętej z rzutu rożnego dopadł Christophe Dugarry i wpakował ją do siatki: wspaniała asysta – choć trzeba przyznać, że wcześniej w tym meczu wciąż owłosiony eks-Algierczyk popisał się świetnym podaniem, ale któryś z jego upośledzonych kolegów tego nie wykorzystał (nie pamiętam który). Francuzi wygrali 3:0 po golu samobójczym i jeszcze jednym kornerze, z którego Dugarry kopnął w kierunku środka boiska, ale jakiś cudem udało się im wyprowadzić z tego atak.
Już w drugim meczu Zidane zachował się w dosyć znamienny dla siebie sposób (dziennikarze z jakiegoś powodu zawsze starali się przemilczeć tę część jego natury) i przy prowadzeniu 3:0 celowo podeptał swoje algierskie korzenie, otrzymując czerwoną kartkę i wędrując na trybuny.
Wrócił na mecz ćwierćfinałowy przeciwko Włochom (kara dziwnie niska, powinien był wrócić dopiero na półfinał) i zdominował go tego stopnia, że po bezbramkowym remisie Francja wygrała w rzutach karnych (plus całej sytuacji był taki, że Roberto Baggio tym razem trafił). W półfinale chorwacki duet pomocników Asanovic-Soldo wypychał go w boczne sektory boiska i poza potężną bombą wybronioną przez Dražen Ladića. Zidane był dosyć bezużyteczny. Przez połowę spotkania w każdej sytuacji oddawał jakieś niedołężne strzały prosto w bramkarza lub bandy i najciekawszym jego osiągnięciem było zablokowanie piłki twarzą, po czym fukał i pluł przez dwie minuty, a jedyną ruletę w tym meczu zrobił Chorwat.
Wreszcie finał. Naprzeciw siebie stanęły dwie najlepsze drużyny turnieju: Francja zbudowana na solidnych defensywnych fundamentach i napędzana przez Ronaldo Brazylia. Latynosi mieli rozbić Les Bleus na ich ziemi i obronić tytuł – sądzili tak bukmacherzy i sądził tak nastoletni ja przed telewizorem, nie sądził tak jednak Ronaldo, który przed meczem dostał jakiegoś dziwnego ataku i zamiast niego miał wystąpić Edmundo. Ostatecznie jednak największy gwiazdor Canarinhos znalazł się w składzie meczowym, a reszta jest historią, którą wszyscy dobrze pamiętamy. Brazylia była fatalna jak nigdy przed 2014, a Zidane zagrał swój najlepszy mecz na turnieju, kilkakrotnie celnie podał pod bramką przeciwników, a potem strzelił dwa gole głową po rzucie rożnym (Jacquet pewnie odsunął łysego od wykonywania kornerów po tym dośrodkowaniu na środek boiska z pierwszego meczu) – widomy znak geniuszu Zidane'a. Przy pierwszej sytuacji w polu karnym było dziesięciu Brazylijczyków, z których żaden nie trudził się powstrzymaniem Francuza (na nagraniach widać, jak spokojnie obok nich przebiega i nikt nie stara się go powstrzymać), druga była niemal idealną kopią, Brazylijczycy chyba nigdy wcześniej nie widzieli, jak ktoś przy rzucie rożnym wbiega w jedenastkę. Szczytem był Roberto Carlos, który przy jednym golu sznurował obuwie, potem stał na linii bramkowej jak żona Lota, patrząc na mijającą go piłkę, a w końcu postanowił wybić futbolówkę z własnego pola karnego przewrotką. Przy takiej indolencji i skretynieniu dziwne, że Zidane nie strzelił pięciu bramek – prawdopodobnie założył, że dwie wystarczą. I wystarczyły, potem Petit dołożył jeszcze jedną i było po sprawie. Na takich lamusów nawet nie trzeba było wiązać butów.
Ogromna radość byłego Algierczyka wydawałaby się w mniejszym stopniu spowodowana patriotyzmem, a w większym przełamaniem osobistej klątwy polegającej na trzech przegranych finałach w ciągu trzech lat****. Biedny Zidane myślał, że uciekł przeznaczeniu (i będzie mógł poślubić księżniczkę), ale nie wiedział jeszcze, jak bardzo się pomylił...
część II: https://www.facebook.com/notes/melodroma/co-jest-grane-zidane-cz%C4%99%C5%9B%C4%87-2-dyskretny-urok-%C5%BC%C3%B3%C5%82tych-kartek/868818976524103
część III: https://www.facebook.com/notes/melodroma/co-jest-grane-zidane-cz%C4%99%C5%9B%C4%87-trzecia-finale/883143961758271
* obecnie jednak bardziej przypomina jego sumienie
** pozwoliłem sobie na małe przekłamanie, bo oriflama jest ogólnofrancuska, ale Zidane - jako egalitarysta - był geniuszem wszystkich biednych ludzi, nie tylko marsylczyków
*** niejako wyjatkowo w historii Francji to byli "parowie", a nie "parówy"
**** o czym przewrotnie będzie w dalszej części, bowiem chronologia jest jak Hertha Berlin i nikogo nie obchodzi

Gajecki Michał
finish him

Rafał Krawczyk
"wypotężniał nam Fusion na pisarza wystrzałowego" - Stec

Pawel Kapuscinski
Redondo nigdy nie gral z Zidanem, albo zlozyles zdanie jak Bakan76 o Kondogbii

Bartek Szulga
Kylym

Wiktor Dynda
1. Podczas meczu finałowego z Brazylią, Zidane wypracował też doskonałą sytuację tej melepecie Guivarc'howi, kiedy to przebiegł przez pół boiska, zagrał z kimś efektowną klepkę i wystawił mu patelnię, jednak zawodnik ten spartaczył szansę w sposób spektakularny (nie jedyny raz w tym finale zresztą). O tym jednak nie wspomniałeś, widocznie nie pasowało do teorii. No, chyba, że zawarłeś to we fragmencie "kilkakrotnie celnie podał pod bramką przeciwników", ale dla przeciętnego widza niemającego w pamięci tego spotkania, zwrot ten raczej nie kojarzy się z akcją Iniesty z meczu z PSG, a z czymś znacznie mniej porywającym.
2. Czy twoim zdaniem osoba przedstawiona na zdjęciu to Zinedine Zidane? Otóż zawodnik z obrazka to facet odpowiedzialny za "korner, z którego Zidane kopnął w kierunku środka boiska, ale jakiś cudem udało się im wyprowadzić z tego atak". Mała podpowiedź - to jednak nie Zizou. Czyżby kardynalny błąd?
2. Czy twoim zdaniem osoba przedstawiona na zdjęciu to Zinedine Zidane? Otóż zawodnik z obrazka to facet odpowiedzialny za "korner, z którego Zidane kopnął w kierunku środka boiska, ale jakiś cudem udało się im wyprowadzić z tego atak". Mała podpowiedź - to jednak nie Zizou. Czyżby kardynalny błąd?

MELODROMA
zapomniałem, że jedną z pierwszych decyzji Pereza była sprzedaż Redondo, mój błąd

MELODROMA
dziękuję za uwagi
1. podanie było świetne (rajd mniej, bo grał przeciwko wyjątkowo niedołężnym obrońcom, co trochę umniejsza jego wyczyn), ale sam pomysł podawania do Guivarc'ha był bardzo, bardzo zły, bo Zidane znał jego umiejętności i powinien wiedzieć lepiej, dobrze, że Stephane sobie nogi nie złamał; aczkolwiek możesz mieć rację, że nieco zbyt zdawkowo to potraktowałem, niemniej napisałem, że finał był najlepszym meczem naszego bohatera
2. faktycznie, nie jest to Zidane (ale mógłby nim być), moja pomyłka - czego jednak miałby ten "kardynalny błąd" dotyczyć?
1. podanie było świetne (rajd mniej, bo grał przeciwko wyjątkowo niedołężnym obrońcom, co trochę umniejsza jego wyczyn), ale sam pomysł podawania do Guivarc'ha był bardzo, bardzo zły, bo Zidane znał jego umiejętności i powinien wiedzieć lepiej, dobrze, że Stephane sobie nogi nie złamał; aczkolwiek możesz mieć rację, że nieco zbyt zdawkowo to potraktowałem, niemniej napisałem, że finał był najlepszym meczem naszego bohatera
2. faktycznie, nie jest to Zidane (ale mógłby nim być), moja pomyłka - czego jednak miałby ten "kardynalny błąd" dotyczyć?

Wiktor Dynda
Na tym, że po części oparłeś tezę jego przeciętności na mundialu przez pryzmat tego nieszczęsnego rożnego, którego ostatecznie nie wykonywał.

Pawel Kapuscinski
no baran jak chuj

Pawel Kapuscinski
Perez oczywiscie

Michał Kędzierski
"tę imponującą i bynajmniej nie marną drużynę" - jedna uwaga do tekstu. "Bynajmniej" jest już samo w sobie zaprzeczeniem, więc resztę wniosku zostawiam autorowi ;)

MELODROMA
bynajmniej

Wojciech Cieślak
za jebanie w most overrated łysą pałę ever zawsze lajk. :)

Marcin Wodzyński
@[100010372779032:2048:Paweł Kaczorowski]